Zapach - odszedł
Zarys sylwetki - zatarł się
Pokasływanie - ucichło
Zniknął też ucisk w gardle
nawracający nie dawno
nagle i nieoczekiwanie
Twój rower stoi spokojnie przy ulicy
już nie patrzę na niego gdy przejeżdżam
Zdjęcia schowane
do kartonowych pudeł
Telefon dzwoni
z rzadka i bez emocji
Czasem jednak, jak teraz
odwracam w bok głowę
chcąc powiedzieć ci o czymś błahym i nieistotnym
I znowu chodzić wieczorem do parku
nasłuchując niewidzialnej sowy
Wałęsać wśród podwórek
w poszukiwaniu starej walizki
Huśtać codziennie na huśtawkach
zalewając wodą sąsiadów z dołu
Wodzić palcem krople deszczu
do brzegu mokrej szyby
Pożegnać samotną rybkę
pływającą w słoju po ogórkach
Skakać przez dymiące ognisko
wśród działkowych alejek
Rowerami mknąć obok siebie
po krawężnikach i trawnikach
Gdy się odwracam, drzwi już zamknięte
Chwile tak blisko a już nieuchwytne
Powstałe i zaraz odchodzące
Jak my.
Ból
gniotący gardło
zabierający oddech
zasnuwający widzenie
- a po nim
Miód
płynący pod językiem
przywołujący wspomnienia
unoszący cząstkę dnia
- i znowu
Żal
goniący za czymś
szukający zaczepienia
kryjący się w ciasnym kącie
- by dać miejsce
Mgle
otulającej ciepłem
gęstej od zapachu
piaszczystej mokrej drogi.
Codzień rano budzę się -
nie wiem gdzie jestem
Szukanie kierunku.
Przód myli się z tyłem
podłoga z sufitem
Odgłosy dnia nierozpoznane.
Ile razy obrócić się jeszcze
by złapać wreszcie
Właściwy punkt odniesienia?
A może by spróbować
chodzić na głowie?
Karuzela znów rusza.
Siedzę.
Niesie dz
Bokiem, na okno
Kroki, szczekanie
szum ciszy
kłuje
ściska
Czekam
- na co?
Szmery, szuranie
odgłos kroków z pokoju
krzesło skrzypi przy biurku
łyżeczka dzwoni
w kubku z herbatą
dym z zapiekanek
dochodzi z kuchni.
Biegnę, zaglądam -
Pusto.
Szary dym
snuje się pasmami
Z pomiędzy cegieł
sypie tynk
Pajęczyny wiszą
jak bure firanki
Obwinęły
twoją głowę
Przylepione na zawsze.